Po czym poznać prawdziwego paryżanina?

Paryżanie to wdzięczny temat. Zawsze znajdzie się coś osobliwego na ich temat, o czym możesz godzinami opowiadać lub pisać.

Obserwowanie ich zachowań to naprawdę sympatyczne zajęcie 🙂

A uwierz mi, że jest tutaj, co obserwować. Zacznę od samego początku, czyli od tego, po czym poznasz prawdziwego paryżanina?

Odpowiedź jest jedna: po szaliku oczywiście.

Szalik to obowiązkowy element garderoby.

Czasami żartuję sobie, że paryżanie noszą je non stop, żeby ocieplić swój chłodny wizerunek. Sami paryżanie twierdzą, że szalik to ich touche personnelle, czyli coś co ich wyróżnia. Ta koncepcja jednak nie zupełnie mnie przekonuje, bo w jaki sposób może wyróżniać coś, co noszą wszyscy. Chyba że chodzi o wyróżnianie się od reszty świata i mówiąc o reszcie mam na myśli wszystko to, co jest poza słynnym périph, czyli peryferykiem. To miałoby sens 🙂

Nie myśl też, że ten touche jest jakiś wyjątkowy np. pomarańczowy w zielone komary 🙂 Co to, to nie. To raczej skromny, kolorystycznie stonowany dodatek nie specjalnie wyróżniający się na tle pozostałej garderoby.

Nie mniej jednak szalik stałym atrybutem paryżanina jest i bez niego czuje się on nagi podobnie, jak Kermit bez swojego kołnierzyka. Traktuje on swój związek z szalikiem bardzo poważnie. Nie powinno Cię więc dziwić, że rozstaje się z nim bardzo rzadko.

Paryżanin ma szale na różne pory roku, a raczej na ciepło  i zimno biorąc pod uwagę paryski klimat. W porze zimowej często spotkasz go w trampkach lub adidasach z odkrytymi kostkami, ale szczelnie opatulonego grubym, ciepłym szalem po czubek nosa. W lecie z kolei zarówno w mieście, jak i poza nim (podczas weekendowych wypadów za miasto na przykład) paryżanin nosi swój szal letni. Można go spotkać spacerującego po plaży w uroczym Deauville w kąpielówkach i finezyjnie zaplecionym szalu. Być może nie jest to zbytnio praktyczne rozwiązanie biorąc pod uwagę okoliczności, ale cóż  bycie paryżaninem zobowiązuje.

Ostatnio kiedy byliśmy „na szopingu” Łukasz przymierzał płaszcz, który był zapinany po samą szyję. Zupełnie naturalnie zapiął wszystkie guziki. W ciągu nanosekundy przybiegło dwóch sprzedawców, żeby odpiąć mu ostatnie dwa, czy trzy  guziki i wytłumaczyć, że płaszcza nie zapina się do końca, bo trzeba przecież zostawić miejsce na szalik! 🙂

Miłość do szala jest przeogromna. To taki przyjaciel na każdą okazję: na co dzień i od święta, na imprezę i do pracy, do każdej pracy. Ostatnio widziałam  w metrze chłopaka w roboczym ubraniu zachlapanym farbą, ale z uroczym szalem wokół szyi. Hydraulik, który wpadł do nas naprawić przeciek też miał szal i nie zdjął go ani na chwilę podczas pracy.   Tak, tak w Paryżu szal to prawdziwy mus – bez niego raczej się tu nie pokazuj, bo nie uda ci się wtopić w tłum szalikowców.

Ja dałam się wciągnąć całkowicie w świat szalikowców 🙂

paryski szyk

 

Paryżanin i jego pies.

To że paryżanin ma słabość do jakiejś części garderoby raczej nikogo nie dziwi. Nie powinna też dziwić miłość do piesków, no bo jak tu nie kochać psa?! Ta „pieska miłość” jest jednak w wydaniu paryżanina dość specyficzna.

Zacznę od pieskiej mody. Tak wiem, że Paryż to stolica mody, ale nie wiedziałam, że dotyczy to również psów. Tylko patrzeć, jak największe marki zaczną projektować psią garderobę. A może już projektują? Kto wie? Nie wiem, póki co nie mam pieska 🙂

Jedno jest pewne: paryskie pieski są bardzo szykowne 🙂

Pod szkołą moich dzieci spotykam  codziennie pańcie z pieskami. Pańcia i piesek codziennie prezentują się w innym outficie.  Oczywiście jedno pasuje do drugiego. Piesek ma niezliczone ilości kurteczek, płaszczyków, bucików!!!!, sweterków, a nawet płaszczyk przeciwdeszczowy z kapturkiem z otworami na uszka 🙂 Pełen szyk i to paryski, tylko, że psi 🙂

Taki szykownie wystrojony piesek towarzyszy paryżaninowi przez cały dzień.

Powiedzenie  pies przyjacielem człowieka w Paryżu nabiera innego znaczenia. Wyobraź sobie, że tutaj  nikogo nie dziwi pies siedzący w kawiarni przy kawie razem ze swoim panem lub panią oczywiście. Tylko czekać aż powstaną lokale wyłącznie dla psów 🙂 Pan przy stoliku sączy swoje café zatopiony w lekturze Le Monde, a pies naprzeciw też na krześle! przy stoliku zatopiony w …. swoich psich przemyśleniach.

Czasami zastanawiam się, czy kelner przez grzeczność pyta też, co podać psu? Nie raczej nie, bo paryski kelner i grzeczność c’est rare (to rzadkość). Ale kto to wie, może wkrótce w menu paryskich kawiarni znajdzie się osobna rubryka: smakołyki dla pupila 🙂

paryski piesek

Pieski można tutaj spotkać wszędzie w kinie, w kawiarni, w sklepie, u fryzjera, czy  w środkach transportu, a nawet na słynnych paryskich skuterach. Kiedyś stoję na światłach pogrążona w swoich myślach i nagle spoglądam w prawo, a obok mnie stoi mały skuterek, a na nim piesek w goglach. Musiałam mocniej wykręcić głowę, żeby dojrzeć na skuterku także  pana w identycznych goglach zresztą.  Całe szczęście, że tam był, bo już się martwiałam, że psy opanowały też drogi 🙂 Wielka szkoda, że nie zdążyłam zrobić zdjęcia, bo widok był rozbrajający 🙂

W Paryżu jesteś wszędzie mile widziana z pieskiem. Niestety nie można tego samego powiedzieć o dzieciach,  a szczególnie tych w wózku. Zresztą rzadko który lokal dysponuje taką przestrzenią, żeby pomieścić w nim wózek. A skoro o wózkach mowa, to pieski często się w nich wozi. Pierwszy raz kiedy spotkaliśmy parę w naszym wieku (czyli bardzo młodą :)) z wózkiem, w którym siedział piesek, gorączkowo rozglądaliśmy się za dzidziusiem. Niestety nie było go ani na rękach, ani w pobliżu wózka, ani nigdzie. Musieliśmy zaakceptować fakt, że to wózek dla pieska – zresztą zabawki w wózku pozbawiły nas kompletnie złudzeń.

Paryskie psy poza tym, że „szykownie” wystrojone są jeszcze bardzo łagodne. Prawdę mówiąc nie wiem, co z nimi robią i jak to robią, ale rzadko kiedy słychać tutaj szczekanie psa. Moje dzieci wreszcie przestały się bać psów, bo wszystkie, którymi się otaczają są bardzo przyjacielskie.  Takie mało psa w psie – nie szczeka, nie skacze, nie merda ogonem. Niestety załatwia swoje potrzeby gdzie popadnie, ale o tym kiedy indziej.

Paryskie pieski grzeczne i ułożone siedzą gównie na rękach swoich właścicieli lub w specjalnych torbach i przysłuchują się rozmowie. Można je też spotkać na kolanach u fryzjera wiernie czekających aż pańci farba złapie 🙂 W Paryżu nie brakuje też salonów piękności dla psów. W sumie to chyba warto byłoby pomyśleć i zrobić takie dwa w jednym, czyli  salon odnowy dla pańci i dla jej pupila.  Jest pomysł na biznes 🙂

Jednym zdaniem psia infrastruktura jest tutaj dobrze rozbudowana. W mojej okolicy bez problemu znajdziesz psią szkołę, przedszkole, czy butiki z garderobą, a nawet sklepy z psimi zabawkami. Zastanawiam się, co będzie następne? Psie kanały w telewizji, żeby piesek się nie nudził, jak państwo są w pracy? 🙂

Chociaż on się nie nudzi, bo jak państwo są w pracy, to piesek jest w szkole, w psiej szkole.  W lasku bulońskim, gdzie spaceruję i biegam o poranku spotykam psią szkółkę. Jest tam przedszkole, szkoła i klubik seniora. Psiaki małe i duże, szczeniaki i wiekowe staruszki spotykają się codziennie  na wspólne harce i swawole.  Widok naprawdę wspaniały.

Grupa od małych  pimpków, po duże  goldeny hasa za swoim nauczycielem po całym lasku.  Jest tu specjalna strefa,   gdzie pieski jedzą lunch. Mają też polankę do gry w piłkę i prawdziwą naukę manier. Czasami siadam chwilę na ławce i przyglądam się temu psiemu szkoleniu. To wspaniała terapia, dobra na wszystkie smutki 🙂 Psiaki mają tutaj naprawdę wszystko, no może tylko brakuje szachów dla seniorów. To prawdziwy psi raj. Bardzo kosztowny, ale jeśli chodzi o pieska – kasa nie gra roli 🙂

Paryskie dobre maniery

Bycie paryżaninem to nie tylko wygląd i atrybut w postaci pieska, ale także dobre maniery. Zaczyna się od powitania. Nie jest to bynajmniej podanie ręki, czy skinienie głową. To prawdziwy rytuał 🙂

Paryżanie nazywają go petit bisou. To coś w rodzaju przykładania policzka do policzka ze specyficznym cmokiem, koniecznie z obydwu stron. Na początku przyznam szczerze było to dla mnie dość dziwne – tym bardziej, że wcale nie musisz być z kimś bardzo blisko, żeby fundować sobie z nim tego rodzaju powitanie. Wystarczy więc, że się, choć trochę znacie.

Łukasz oświecił mnie, że ta procedura obowiązuje również w korporacji podczas oficjalnych spotkań! Dziwne?

Dla mnie już po 5 latach nie tak bardzo, ale na początku było trudno. Zresztą dalej zdarzają się krępujące sytuacje, w których zupełnie nie wiem, czy ruszać do całowania, czy raczej zachować dystans.

Na przykład  w przedszkolu mojej córci.  Miejsce to było bardzo kameralne, przyjemne, rodzinne, ale też bardzo paryskie i chic.

Codziennie o poranku spotykałam rodziców przyprowadzających dzieci do przedszkola. Byli to głównie paryżanie (w tym sam były prezydent z żoną) lub naturalizowani paryżanie z różnych zakątków świata – bardzo sympatyczni i kontaktowi. Udało mi się tam nawiązać sporo prawdziwych przyjaźni.

Każdego poranka rodzice i ich dzieci schodzili się powoli, witali nieśmiertelnym bonjour ça va i  cmokali oczywiście.

Czasami przybiegałam do przedszkola lekko spóźniona i udawało mi się ominąć to całe całowanie i ploteczki, ale w każdy inny dzień nie było zlituj. Około 25 osób z samej grupy Karoliny przemnożone przez 2 cmoki,  po jednym na stronę, co dawało całkiem pokaźny wynik 50 cmoków o poranku!

Kilka razy  w roku przedszkole organizowało wspólne śniadania oraz coś w rodzaju bankietu dla dorosłych połączonego z zabawami dla dzieci. Wierz mi, że w czasie takiej imprezy to dopiero jest całowania!!!

Wyobraź sobie scenę, kiedy podchodzisz do grupy rozmawiających rodziców i zaczynasz się powoli z każdym witać (czytaj: cmokać) i nagle trafiasz na Sakrozego 🙂 Wtedy nie wiesz, czy też cmokać, czy  podać rękę, czy  dygnąć, a może samo bonjour Monsieur wystarczy. Na szczęście wystarczyło 🙂

Do you speak English?

Paryżanina rozpoznasz jednak nie tylko po sposobie, w jaki się wita, ale też… po jego angielskim. Pisząc o paryżanach po prostu nie sposób nie wspomnieć o języku angielskim. Mimo że paryżanin uważa francuski za najważniejszy, najpiękniejszy i najtrudniejszy język na świecie, którym zresztą tylko on potrafi się biegle porozumiewać, to jednak znajomość angielskiego jest wysoce wskazana. C’est cool kiedy potrafisz płynnie wplatać angielskie wyrażenia w codzienną rozmowę. A sztuka to naprawdę dla paryżanina trudna.

Angielski powiedzmy sobie szczerze nie jest jego mocną stroną, choć on będzie twierdził inaczej. Nie zważając na swoje językowe braki będzie używał angielskich wyrażeń na potęgę. I tak Paryżanie oglądają: „ze vojs”, wyrażają uznanie uroczym„zis is veri najs”,  ruszają z „on y go” na ustach, witają się zabawnym „elloł”, chodzą na „szoping”, umawiają się na „miting”, wyrażają swoją nadzieję  „aj ołp” i używają wielu innych „kwiatków”, których nie sposób powtórzyć.

Paryżanie – naród dumny są jednak przekonani o tym, że znają angielski biegle. Za każdym razem, kiedy zagadniesz paryżanina na ulicy: „do you speak English” odpowie twierdząco, po czym kiedy zapytasz o najbliższą stację metra, zacznie zupełnie naturalnie i bez krępacji   tłumaczyć Ci drogę po francusku. W końcu jesteś w Paryżu to mów po francusku. Nieważne, że jak on jest w Londynie, to też mówi po francusku 🙂

Najważniejsze, że Paryżanin w swoim przekonaniu włada biegle angielskim. Najlepiej widać to w kinie. We Francji wszystkie filmy w kinach wyświetlane są w wersji VF – francuskiej z dubbingiem i wersji VO – oryginalnej z francuskimi napisami. Paryżanin zawsze wybiera wersję oryginalną oczywiście. W trackie filmu łatwo się zorientujesz jednak, która część sali jest paryska, a która nie, bo często widownia śmieje się w zupełnie innych momentach. Cóż wierne tłumaczenie nie zawsze jest możliwe 🙂

 

Jeśli tekst wywołał choć jeden uśmiech na Twojej twarzy napisz mi o tym w komentarzu.

 

 

2 komentarze

  1. Beata | 5th Gru 16

    Aniu dziękuję:) setnie się uśmiałam, choć w sumie nie ma tu z czego się śmiać.
    Poetka pisała: tylko koni, tylko koni, tylko koni żal…..w tym przypadków piesków żal. To uczłowieczone psie życie nie jest dla czworonogów dobre. Psy muszą biegać i na spacerach obwąchiwać zakątki, muszą mieć też czas dla siebie, jak każdy…

    O French English można faktycznie poematy pisać. Wymowa „the” i H muet, w happy hours, huge hotel itp….to creme de la creme!!!

    • Ania | 6th Gru 16

      Proszę bardzo 🙂 prawdę mówiąc też się uśmialiśmy, jak robiłam z rodzinką burzę mózgów przed tym wpisem 🙂 każdy dodał kwiatuszek od siebie 🙂 i mamy tego więcej!!!
      A co do piesków, cóż pieskie ich paryskie życie.

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.